STEFANIA KARWACKA (1912 - 2010)

Moderator: Piotr Karwecki

STEFANIA KARWACKA (1912 - 2010)

Postprzez admin Wto Mar 09, 2010 6:48 pm

Dzisiaj w Myslenicach zmarła w wieku 98 lat STEFANIA KARWACKA żona Sławomira Karwackiego (mgr praw, zielarz, drogista), synowa Stanisława Karwackiego (mgr farmacji w Krakowie, Liszkach, Czernichowie, syna Sebastiana i Emili z Kosickich Karwackich, wnuka Marcina Karwackiego farmaceuty w Jedrzejowie - rodem z Krakowa). Przeżyła wiek tylko, ale za to kilka epok. SPOKÓJ JEJ DUSZY !

Niedługo przed śmiercią Stefania Karwacka udzieliła wywiadu o kontynuacji farmaceutycznej tradycji rodziny Karwackich, mającej swój początek co najmniej od MARCINA KARWACKIEGO (1768-1837) aptekarza wyższej specjalizacji w Jędrzejowie, syna Stanisława i Marianny Karwackich z Krakowa:

BIULETYN INFORMACYJNY OKRĘGOWEJ IZBY APTEKARSKIEJ W KRAKOWIE
FARMACJA
KRAKOWSKA
ROK XII / nr 6 / 2009

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
za zgodą wnuka Sebastiana Wójcika-Jackowskiego:

WYWIAD

Kiedyś życie wyglądało zupełnie inaczej

Na łamach „Farmacji Krakowskiej” piszemy o historii aptek Małopolski. Nie były one jednak jedynymi placówkami, w których kupowano leki. Ważnym ogniwem w przedwojennej opiece zdrowotnej były tzw. składy apteczne i drogerie. Pani Stefania Karwacka w latach trzydziestych, wspólnie ze swym mężem – Sławomirem, prowadziła
drogerię „Pod Aniołem” w Myślenicach. Obecnie liczy sobie 97 lat i jest prawdziwą encyklopedią wiedzy o dawnych czasach.

Skąd pomysł na założenie drogerii? Karwaccy byli rodziną powszechnie znaną, ale w środowisku farmaceutów, a nie drogistów! Pani teść przez długie lata był pracownikiem galicyjskich aptek, następnie dzierżawcą aptek w Mszanie i Wojniczu, a wreszcie
– właścicielem apteki w Liszkach, a potem w Czernichowie.

Pani Stefania Karwacka Farmacja Krakowska 33 Drogeria „Pod Aniołem” w Myślenicach stanowiła kontynuację działalności mojego męża Sławomira Karwackiego, który pomimo iż nie studiował farmacji, to jednak został znawcą tej dziedziny. Uczył się fachu podpatrując od dziecięcych lat w pracy swego ojca Stanisława – właściciela apteki w Liszkach,pomagając mu, a w pewnym okresie w zasadzie przesądzając o dalszym kierunku funkcjonowania tej apteki. Z wykształcenia prawnik, był nie tylko rzeczywistym autorem dostępnej obecnie w Bibliotece Jagiellońskiejksiążki pt. „O znaczeniu ziół w lecznictwie”, lecz także twórcą różnych mieszanek ziół w niej opisanych, zwanych „ziółkami profesora Dietla”, które odpowiednio wirowane za pomocą specjalnego bębna, porcjowane i pakowane wysyłał do odbiorców. Przez wiele lat przechowywałam jeszcze listy z całej Polski, od Kresów Wschodnich po Pomorze i od Wilna po Górny Śląsk, z podziękowaniami za skuteczne wyleczenie za ich pomocą z licznych przypadłości, w tym głównie dolegliwości żołądkowych.


Dlaczego zaprzestano produkcji „Ziółek profesora Dietla”?

Pomimo znacznych profitów, wielokrotnie przewyższających dochody z pozostałej działalności aptecznej, Sławomir zaprzestał produkcji, gdyż przeniesienie apteki z Liszek do Czernichowa, przy słusznym założeniu, iż jego brat Witold po ukończeniu farmacji przejmie schedę po ojcu, skutkowałoby powstaniem konkurencji pomiędzy braćmi. Stąd też początkowy zamysł dalszego pozostania w Liszkach i założenia tamże drogerii po kilku miesiącach upadł i zdecydowaliśmy ostatecznie o przeprowadzce do Myślenic, co ziściło się w okresie wrzesień-grudzień 1938 r.

Na miejsce drogerii wybrali Państwo Myślenice – dlaczego?

Szukaliśmy miejsca nawet w Siedlcach i na Śląsku, jednak specyfika Małopolski była nam lepiej znana. Nie tylko w wymiarze handlowym, ale przede wszystkim kulturowym i geograficznym, a biorąc pod uwagę istniejące jeszcze wówczas antagonizmy i specyfikę pozaborczą, miało to niebagatelne znaczenie. Chcieliśmy początkowo kupić drogerięw Zakopanem, jednakże cena 35.000 zł okazała się zaporowa. Tak więc z żalem, zważywszy na moje góralskie korzenie rodowe oraz taternicze zamiłowanie męża (stąd nasza znajomość), musieliśmy zrezygnować. Gratką okazała się natomiast drogeria w Myślenicach, wystawiona za cenę 5.000 zł przez sędziwych braci Szczepańskich, pochodzących z Wielkopolski. Co prawda wyposażenie nadawało się praktycznie całkowicie
do wymiany na nowe, ale lokalizacja w górach, ze świetnym dojazdem do Krakowa kursowymi autobusami, najlepszą w międzywojniu polską szosą zakopianką, jedyną w kraju wybudowaną z betonu przez szwedzkie konsorcjum, oraz urokliwa zabudowa dużego rynku, w którego północno-zachodniej pierzei znajdowała się kamienica z lokalem, wydawała się rewelacyjna. Jadąc z Krakowa i podziwiając malownicze pejzaże oraz
spoglądając na cudne drzewka, świeżo zasadzone przy drodze, zdecydowałam się na Myślenice, co zaakceptował z radością mój mąż. Bądź co bądź miasto powiatowe o znacznie lepszych przecież perspektywach niż niewielkie i peryferyjne Liszki.

Jak w latach trzydziestych XX wieku zostawało się drogistą?

Sławek wcześniej niż ja zdał egzamin drogistowski. Ja bowiem nie interesowałam się tą tematyką. Po ukończeniu seminarium nauczycielskiego w Państwowej Szkole Zawodowej w Krakowie podjęłam w 1934 r. pracę w Stopnicy jako nauczycielka w szkole zakonnej i myślałam związać się na dłużej z tą profesją. Jednak za namową przyszłego męża wróciłam po roku do Krakowa, a niedługo po ślubie, zawartym w 1935 r. w rodzinnym Kościelisku, zrezygnowałam ostatecznie w 1936 r. z wykonywania swojego zawodu i w końcu uzyskałam stosowny dyplom drogisty. Pamiętam, że przewodniczącym komisji był inspektorfarmaceutyczny Adam Filemonowicz, a zdawało się chemię
i towaroznawstwo. Wysypana na stół garść przemieszanych ziół, z pytaniem o ich szybkie odróżnienie, mogła stanowić sporą trudność dla egzaminowanego, ale nauka u boku męża nie poszła na marne i nie miałam z tym żadnego problemu.

Jak wyglądały początki prowadzenia drogerii? Radzili sobie Państwo sami?

W przenosinach z Liszek do Myślenic nie brałam bezpośrednio udziału, ponieważ po urodzeniu w Krakowie naszej córeczki Halinki doznałam skrzepu w nodze i do Liszek wróciłam z nadwątlonym zdrowiem 21 sierpnia 1938 r. Tak więc wszelkie formalności załatwiał Sławuś osobiście. Jednakowoż ani mąż, ani też ja, nie mogliśmy początkowo uzyskać koncesji i prowadzić drogerii samodzielnie, jako że konieczna była dwuletnia praktyka. Zaradziliśmy temu dzięki Józefowi Hodurowi, narzeczonemu mojej kuzynki Marii Hamplówny, który posiadał już odpowiedni staż i zgodził się przez pewien czas firmować naszą działalność. Początkowo więc były zatrudnione trzy osoby. Sławek pracował przed południem, a ja po południu. Do Sławka często zwracano się „panie magistrze”, choć niewielu zdawało sobie raczej sprawę z tego, że ma do czynienia z magistrem prawa, a nie farmacji, co jest zresztą zrozumiałe, zważywszy na jego fachowość, wiedzę i rozeznanie. Z czasem zatrudnialiśmy w charakterze pomocników inne osoby, niemniej sprzedającymi byliśmy zawsze my, czyli drogiści z uprawnieniami. Wspomnieć tu choćby można Zofię i Józefa Rapaczów, czy też Władysławę iMariana Łatasów. W Liszkach zaś współpracowały z mężem farmaceutki – Irena Budzynowska (później w krakowskich aptekach) oraz Zofia Zagórdówna (następnie w aptekach
wrocławskich).

Proszę przywołać na pamięć wnętrze drogerii „Pod Aniołem”. Jak wyglądała Państwa codzienna praca?

Drogeria składała się z sali sprzedaży, wydzielonej jej części do przygotowywania zamawianych specyfików i magazynu. Całość wyposażenia została sprowadzona
z Liszek bądź zakupiona wraz z asortymentem. Z dawnego sprzętu zostało jedynie kilka niewielkich pojemników. W naszej drogerii można było nabyć zarówno materiały drogeryjne, jak i środki lecznicze, ale wyłącznie niewymagające recepty. Stąd też – dziś powiedzielibyśmy w celach marketingowych – używana była nazwa „drogeria i skład apteczny”, choć w rzeczywistości żadnych materiałów w celach hurtowych dla aptek lub innych drogerii nigdy nie sprowadzaliśmy. Asortyment przeznaczony do sprzedaży był różny. Począwszy od wyrabianych mydeł i środków czystości, rozlewanych perfum, kremów, kosmetyków, farb do włosów w kulkach, past do zębów, poprzez zioła lecznicze, materiały opatrunkowe, gazę i waty, wytwarzane maści (jak borowa czy cynkowa, gojące rany oraz na odciski, a także przeciw wszom i pozostałym insektom), a skończywszy na wszelkich odżywkach dla dzieci i mlekach w proszku, butelkach,smoczkach itp.

Czy drogeria stanowiła konkurencję dla apteki?

Jedynie masowa realizacja leków na receptę, która ścigana była przez inspektora farmaceutycznego. Takiej działalności jednak nie prowadziliśmy w Myślenicach, tylko przez krótki okres w Liszkach, gdzie nieformalnie mąż wykonywał i sprzedawał leki, chyba jeszcze pod szyldem przeniesionej już stamtąd apteki swego ojca, praktykując jednocześnie u adwokata. Stąd też stosunki z Tadeuszem Skowrońskim, właścicielem apteki w Myślenicach, były poprawne, wręcz koleżeńskie. Nigdy nie wchodziliśmy sobie w paradę, nie mając na polu lokalnym praktycznie żadnej konkurencji.

Gdzie zaopatrywała się Państwa drogeria?

Zaopatrzenie drogerii w materiały należało do mnie. Praktycznie co tydzień udawałam się w tym celu do różnych ajentów w Krakowie. Najczęściej była to „glass” przy ulicy Długiej lub też inne hurtownie, pamiętam zwłaszcza zlokalizowaną przy ul. Krakowskiej na Kazimierzu. Nastroje społeczne wszelako zradykalizowały się, więc musiałam uważać na zakupy w hurtowniach. Brat mój, wówczas student historii i germanistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, przestrzegał, że koledzy mu utyskiwali, iż zamiast wspierać Polaków jego siostra kupuje towar u Żydów.




Na stabilizację rodzinną i zawodową nie pozwolił Państwu, podobnie jak i milionom polskich rodzin, wybuch II wojny światowej ?

Rzeczywiście. Nie minął rok od zamieszkania przez nas w Myślenicach, gdy wybuchła II wojna światowa. Nigdy nie przypuszczałam, że nadciąga taki kataklizm. Pamiętałam co prawda jako małe dziecko rozpacz matki, gdy od księdza chodzącego po kolędzie dowiedziała się, że ojciec zginął na froncie włoskim, walcząc w armii austriackiej – oraz wielką biedę, przez jaką przeszliśmy w rodzinie po jego stracie, a także powrót z bolszewickiej niewoli wycieńczonego wujka, tym niemniej po wielu latach zdarzenia te zatarły się w pamięci i nie dały mi wówczas do myślenia. Wierzyłam też naiwnie w propagandowe hasła marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego i sojusz z potężną Francją. Wojna jawiła się zatem jako ciekawy epizod, z którego bez wątpienia wyjdziemy zwycięsko.

Stało się inaczej. Pierwszego września pracowaliśmy do południa jak zwykle, choć czuć było podekscytowanie i wzmożony ruch. Nadciągające
samoloty – zamiast francuskimi okazały się niemieckimi, a my omyłkowo machałyśmy im z siostrą na powitanie. Potem pamiętam po kilku dniach uciekających polskich żołnierzy, niekiedy boso, w stronę Krakowa. Widmo klęski pojawiło się więc rychło, toteż i my postanowiliśmy uciekać obawiając się wroga. Wnet jednak nasza tułaczka zakończyła się. Niemieckie wojska zmotoryzowane przeszły dalej, ominąwszy okoliczne wioski, przez które wędrowaliśmy pieszo. Przy powrocie do miasta męża wzięto jako zakładnika, ale wkrótce został wypuszczony. Oddano mu także pokaźną ilość gotówki, którą miał przy sobie, niezwłocznie po oświadczeniu, że nie są to pieniądze żydowskie. Zastaliśmy powalone mosty na Bysince, palące się niektóre zabudowania i rozgrabioną drogerię. Jej wyposażenie trzeba było zatem kompletować praktycznie od nowa.

Wiele pisano na temat działalności aptek w czasie okupacji niemieckiej, nikt jednak nie wspominał w opracowaniach naukowych o działalności drogerii. Proszę powiedzieć nam, jak wyglądała wówczas praca?

Prowadzenie drogerii w czasie wojny okazało się trudnym, lecz intratnym zajęciem. Kupowali wszyscy. Zarówno Polacy, Żydzi, jak też stacjonujący w mieście żołnierze i policjanci niemieccy. Zaopatrywaliśmy również partyzantów. Szczególnie utkwiły mi w pamięci dwie daty, tj. 22 sierpnia 1942 r., gdy okupanci wywieźli do Oświęcimia 1300 Żydów myślenickich oraz pogrom Polaków w Liszkach 4 lipca 1943 roku. Zarządzona zbiórka Żydów z Myślenic oznaczała wtedy wielką niewiadomą. Nie wiedzieli czego mogą się spodziewać. Wykupili u nas praktycznie cały asortyment. Doradzaliśmy ze współczuciem, co może być potrzebne w podróży, nieznając jej docelowego miejsca, którym okazał się obóz koncentracyjny. Odmiennie wspominamy pobyt w Liszkach. Stał się on dla mnie wstrząsający po czasie, bo pojechałam tam w lecie w odwiedziny do teściów, wyjeżdżając w przeddzień pacyfikacji. Cudem zatem uniknęłam śmierci wraz ze starszą córką. Mając możliwości finansowe pomagaliśmy najbliższej i dalszej rodzinie, wysiedleńcom z Poznańskiego, a także ukrywającym się przyjaciołom żydowskiego pochodzenia. Życie mogła uratować posiadana wiedza i ludzka solidarność. Skoro tylko dowiedziałam się przypadkowo o planowanej łapance, zaraz przechodziłam po myślenickim rynku od sklepu do sklepu kolportując ją wszystkim, zapominając przy tym, iż nadeszła owa godzina. Jednakże kiedy sama zostałam ujęta i zemdlałam z wrażenia, wstawili się za mną inni, wskazując, że to nie jakaś obca, ale Karwacka – właścicielka drogerii, wobec czego Niemcy, zaopatrujący się przecież i u nas, puścili mnie wolno po interwencji męża. Trudności sprawiały wyjazdy po towar. Przypominam sobie, że raz ustąpił mi miejsca w autobusie jakiś uczniak z Hitlerjugend, który wracał z wycieczką z Tatr. Zrugał mnie wtedy ich wychowawca, że śmiałam zająć miejsce aryjskiego dziecka, a jego zaś, iż dał usiąść Polce. Powrót z Krakowa wozem konnym kończył się częstokroć późną nocą oraz marszem pod każdą górkę na piechotę, gdyż osłabione panującym wówczas głodem zwierzę ledwie ciągnęło wyładowaną furmankę, a powożący szedł przed zaprzęgiem z garścią zboża, aby zrobiło choć kilka kroków naprzód.


Najwięcej zniszczeń przyniosło zapewne wkroczenie do Myślenic armii radzieckiej?

Tak, nastąpiło wtedy drugie złupienie drogerii przez szabrowników, samą zaś ofensywę przetrwaliśmy w schronie wzniesionym przez mojego męża na działce najmowanego domu przy ulicy Traugutta (obecnie Fijałkowskiego). Pamiętam wzrok niemieckiego żołnierza w białym maskującym ubiorze (21 stycznia 1945 r.), kiedy otworzył metalową klapę. Myślałam, że nas zastrzeli. Spojrzał na nasze schorowane i zziębnięte córki Halinkę oraz małą Rysię, coś powiedział i wyszedł. Zrozumiałam, że tęskni za swoimi dziećmi. Nie zaszedł daleko, dotarł na górkę i usłyszałam trzask broni maszynowej. Tam go dopadli Rosjanie. Byliśmy wolni. Trupy żołnierzy
obu stron leżały na chodnikach zrobionych przez Niemców z żydowskich macew. Gdy córka Rysia pytała co im jest, to udzielałam odpowiedzi, że śpią. Kiedy natomiast poprosiłam któregoś z żołnierzy radzieckich, aby napisał na kartce w drogerii dowolny nakaz, w celu uniknięcia dalszej kradzieży naszego mienia, nabazgrolił coś nieznaną mi cyrylicą i wręczył. Potem dowiedziałam się, że przykleiłam nieświadomie za szybą komunistyczne hasło propagandowe! Nie pomogło to jednak i musieliśmy
znów ponieść wydatek na ponowne uruchomienie sprzedaży.

Dla polskich aptek druga połowa lat czterdziestych, aż po nacjonalizację w styczniu 1951, była okresem niezwykle ciężkim. A jak było z drogeriami?

Okres powojenny oceniam jako równie ciężki dla drogerii jak lata wojny. Może nie było jedynie takiego zagrożenia dla życia, choć niedługo po wojnie UB zatrzymało mojego brata bawiącego u nas w odwiedzinach, za to, że spacerował z Rysią ulicą Kazimierza Wielkiego przy ich siedzibie, odziany w zielone spodnie – i jako poliglota czytał rosyjskie napisy na budynku. Małe dziecko puścili samo na ulicę, a jego wtrącili w kazamaty, biorąc za akowca. Znów interwencja Sławka odniosła skutek. Strach pomyśleć, co mogło się zdarzyć. Przecież tam wielu partyzantów pomordowano. Interes funkcjonował początkowo poprawnie. Wprowadziliśmy się do komfortowego mieszkania nad drogerią, z czym wiąże się kilka zabawnych zdarzeń związanych z wybrykami naszych córek. A to kurczęta leciały z nieba nad drogerią, gdy dziewczynki bawiąc się z nimi wypuszczały je przez poręcz na balkonie, a to znowu rowerzystka z bujną fryzurą została trafiona w głowę wielką kulą z rzepów wyrzuconą od niechcenia i z płaczem przybiegła do nas. Okazało się, że nasza Halinka zakończyła w ten sposób zabawę, bo wcześniejsze próby trafienia petentów pojedynczymi rzepami spełzły na niczym, więc rzuciła na oślep wszystkie sumiennie nazbierane rzepy, z fatalnym skutkiem. Z czasem co chwilę nasyłano na nas kontrole z urzędu skarbowego. Szukano tylko pretekstu, by nałożyć domiar. W efekcie gnębienia i utrudniania działalności na wszelkie sposoby, uczyniono ją wręcz nieopłacalną. Pierwszy zrezygnował Sławek, który zatrudnił się w nowym Banku Rolnym, a następnie NBP w Myślenicach, gdzie przepracował łącznie ćwierć wieku.

Było to słuszne i uzasadnione wyjście z jego strony, biorąc pod uwagę wyuczony zawód oraz uwzględniając ówczesny stalinowski aparat sprawiedliwości, któremu służyć w żaden sposób nie chciał. Ja próbowałam kontynuować pracę jako drogistka, ale już w innych realiach, jako kierownik drogerii przejętej z początkiem lat pięćdziesiątych przez myślenicki PSS. Pomimo nie najgorszych zarobków zrezygnowałam jednak po siedmiu miesiącach, a upaństwowiona drogeria istniała jeszcze dość długo. Własna działalność to coś zupełnie innego niż postępowanie według ściśle określonego harmonogramu i przy narzuconej obsadzie pracowniczej, a bezwolną sklepową być nie chciałam. Doświadczenie w nauczaniu matematyki skłoniło mnie do ukończenia kursu dla księgowych. Dostałam propozycję pracy w weterynarii, którą zakończyłam na stanowisku głównej księgowej, przechodząc na emeryturę w roku 1972.

Jak wygląda świat widziany oczyma osoby blisko stuletniej ? Czy współczesne drogerie można porównywać do tych sprzed lat ?

Perspektywa nowego milenium wydawała mi się w młodości na tyle odległa, że wprost nieosiągalna. Tymczasem wchodzimy już w 2010 rok. 15 września skończyłam 97 lat. Zdarzenia dla mnie niedalekie, dla innych są przeszłością a nawet historią. Kiedyś życie wyglądało zupełnie inaczej. Dzisiejsze drogerie, o których tylko słyszę od moich wnuków i prawnuków, ponieważ sama nie wychodzę na zakupy z racji stanu zdrowia i wieku, stanowią bardziej sklepy samoobsługowe wielkich koncernów z ich marką w nazwie, posiadające tylko asortyment drogeryjny. Trafiają się wszak i chlubne wyjątki. Liczba specyfików oszałamiająca, aczkolwiek o fachową poradę chyba trudniej niż dawniej, gdy łączność z klientem była zdecydowanie bliższa. Myślę, iż podobne zmiany dotyczą, choć może w nieco mniejszym stopniu, aptek. Pomimo tego, ogólnie jest nam lepiej. Wszystko wydaje się prostsze i łatwiejsze. Teraz nowe pokolenia nie muszą poświęcać się i dokonywać tak trudnych wyborów przed jakimi onegdaj staliśmy. Oby tak było zawsze. Również w przyszłości.

Na prośbę redakcji „Farmacji Krakowskiej” z panią Stefanią Karwacką
rozmawiał i odpowiedzi spisywał wnuk – pan Sebastian Wójcik-Jackowski
admin
Site Admin
 
Posty: 968
Dołączenie: Nie Kwi 10, 2005 7:18 pm

Re: STEFANIA KARWACKA (1912 - 2010)

Postprzez admin Wto Mar 09, 2010 6:49 pm

tekst wywiadu zaczerpnięto z:

http://oia.nq.pl/storage/farmacja_2009_06.pdf
admin
Site Admin
 
Posty: 968
Dołączenie: Nie Kwi 10, 2005 7:18 pm


Powróć do Forum dyskusyjne

Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość